Zwyczajny… diament

Święty Bracie Albercie…. Módl się za nami!

W każdy III czwartek miesiąca, po Mszy Świętej wieczornej, modlimy się, prosząc o wstawiennictwo naszego Patrona – Świętego Brata Alberta Chmielowskiego. Do tego krótkiego nabożeństwa można dołączyć własne podziękowania i prośby, które – spisane na kartkach – można składać w zakrystii lub też bezpośrednio księżom. Po nabożeństwie można przez pocałunek uczcić Jego RELIKWIE.

Dar wotywny lub wotum dziękczynne to religijny, symboliczny dar (różaniec, odlew części ciała, serce) składany w duchu wdzięczności lub w jakiejś szczególnej intencji w kościołach, sanktuariach, miejscach pielgrzymek. W naszej gablocie umieszczamy wota tych osób, które są przekonane, że jakąś konkretną łaskę otrzymały od Boga przez wstawiennictwo naszego Patrona – Świętego Brata Alberta Chmielowskiego. Pierwsze wota – znak szczególnego działania Św. Brata Alberta –  już się w gablocie pojawiły. Wierni, którzy takie też przekonanie w sobie noszą – coś konkretnego u Alberta wymodliły – i chcieliby na świadectwo tegoż i w duchu wdzięczności coś ofiarować, proszone są o kontakt z proboszczem.

O Świętym Albercie Arcybiskup Szeptycki tak napisał: „Ta dusza była daleką od wszystkiego tego, co można nazwać wykrętem, udawaniem, hipokryzją, fałszem lub nieprawdą, była dziwnie szczerą – jak szczere złoto. Prawie bym powiedział przezroczystą. Można było w nim wszystko zobaczyć. On nic nie krył, nic nie zasłaniał. Chyba tylko cnoty swoje”. Współcześnie mówi się, że „Święty Albert to POLSKI PRZEKŁAD EWANGELII – w Jego życiu Ewangeliarz miał kształt i zapach świeżego chleba” (ks. K. Wons). Może być orędownikiem we „wszystkich naszych dziennych sprawach”, a zwłaszcza takich, które też stawały się Jego udziałem. A życie miał trudne. Ma na koncie sześć szkół – żadnej nie ukończył! Podobnie jak części swoich obrazów. Od 18 roku życia – niepełnosprawny, bez nogi. Przez półtora roku leczony psychiatrycznie (diagnoza ze szpitala dla umysłowo chorych: hipochondria, melancholia, obłęd religijny, lęk, przeczulica psychiczna). Poniekąd bezdomny. Uzależniony od nikotyny, z binoklami na oczach. Zmarł na raka żołądka…. Taki „zwyczajny” człowiek, a DIAMENT! Warto się z Nim zaprzyjaźnić i wypraszać potrzebne łaski, zwłaszcza w tych trudnościach, które On zna i rozumie. Niech zachętą do tego będzie ŚWIADECTWO Barbary:

ECCE HOMO

Od wielu lat, wraz z mężem i ks. Damianem, prowadzimy rekolekcje dla rodzin Domowego Kościoła. Są to głównie rekolekcje tematyczne, które tworzymy od podstaw. Inspiracje do rekolekcji bywają bardzo różne: czasami jakaś dobra książka, ciekawa ikona czy obraz… Zazwyczaj jest jakiś impuls i zgodnie stwierdzamy; „to jest to!”. Któregoś roku ks. Damian powiedział, że ma nowy pomysł i z radością przedstawił nam plan rekolekcji. Ich tytuł brzmiał „Ecce Homo”. Wysłuchaliśmy tego, co miał do powiedzenia i pierwszą myślą, jaka się we mnie zrodziła, było: „ja nie chcę takich rekolekcji”. Patrzyłam na obraz św. Brata Alberta – „Ecce Homo” i budził we mnie lęk, niepokój, wręcz napawał przerażeniem. Myślałam sobie: jak można przez tydzień mówić o cierpieniu? To może być dobry temat na jakieś rekolekcje wielkopostne, ale latem, w czasie wakacji… Zupełnie mi to nie pasowało. Pomyślałam jednak, że tyle razy byliśmy już razem i zawsze były to wspaniałe rekolekcje, więc warto i tym razem zaufać, że widocznie tak ma być. Przygotowania trwały kilka miesięcy. Zawiesiliśmy obraz „Ecce Homo” w naszym pokoju, coraz bardziej oswajając się z jego widokiem. Aż wreszcie przyszedł czas rekolekcji. Każdego dnia rozważaliśmy i omawialiśmy fragment obrazu. Patrzyłam na niego przez kilka miesięcy, ale dopiero tam, tak naprawdę zobaczyłam w tym obrazie serce Jezusa i ogrom Jego miłości. Od tego momentu widok Chrystusa cierpiącego przestał budzić lęk. Minęło kilka lat i nawet zapomniałam o obrazie… Nagle, zupełnie niespodziewanie, pojawiły się problemy ze zdrowiem. Rutynowe badania i wydawało się, że wszystko jest w porządku. Gdy dolegliwości nie ustępowały, kolejne badania i… podejrzenie choroby nowotworowej. Był to dla mnie szok. Zadawałam sobie pytania: A jeżeli to rak? Co wtedy zrobię? Jak będę żyć? Postanowiłam, że będę żyć tak, jak do tej pory: pracować, angażować się w Domowy Kościół, organizować rekolekcje, pomagać naszym dzieciom, cieszyć się każdym dniem. A zmienić tylko jedno – więcej się modlić… Już w czasie biopsji lekarz potwierdził, że to nowotwór. Nie było jedynie wiadomo, czy złośliwy. Wynik miał być do trzech tygodni. Czekałam i czułam, jak grunt usuwał mi się spod nóg. Pojawiał się lęk i niepokój. Ciągle zastanawiałam się, jaki będzie wynik, co mnie czeka? To niesamowite, jak Bóg działa w moim życiu. Poszłam na niedzielną Eucharystię do naszej Bazyliki w Panewnikach, a tu ogłoszenie, że od poniedziałku przez cały tydzień będą pierwsze parafialne rekolekcje dla chorych. Jakby specjalnie dla mnie. Rekolekcje prowadził o. Cyriak Wrzodak (zmarł w maju 2013). Młody kapłan na wózku inwalidzkim, który wrócił chory z misji. Poszłam na rekolekcje i nawet nie przypuszczałam, że będzie to takie trudne. Wokół mnie byli sami starsi, schorowani ludzie. Myślałam sobie: co ja tu robię, to chyba jakaś pomyłka, ja do nich zupełnie nie pasuję, to nie może być prawda… Bardzo ciężko było wejść w tę wspólnotę – wspólnotę ludzi cierpiących. A potem były pełne ciepła słowa ojca, który małymi kroczkami wprowadzał mnie na drogę choroby, drogę cierpienia. To od niego usłyszałam, że cierpienie jest powołaniem, i że gdy ono nas dotyka, nie mamy pytać Boga – dlaczego, lecz raczej, co Bóg chce osiągnąć przez nasze cierpienie, dlaczego je dopuszcza, co możemy zrobić, aby je dobrze przeżyć i wykorzystać… Nie mówił, że mamy się nie martwić, że będzie dobrze, wręcz przeciwnie, mówił, że będą chwile, kiedy będzie bardzo ciężko, ale z Chrystusem damy radę! Ojciec Cyriak całym sobą, uczył tego, aby cierpienie przyjmować z radością, aby mimo bólu, cierpienia obdarzać innych uśmiechem. Ostatni dzień rekolekcji był połączony z udzielaniem sakramentu chorych. Tak sobie pomyślałam, że może zdarzy się jakiś cud, może Bóg mnie uzdrowi… Gdy rozpoczęła się Eucharystia okazało się, że to 17 czerwca – wspomnienie św. Brata Alberta. Od razu przed oczyma stanął mi obraz Jezusa cierpiącego „Ecce Homo”. Tak bardzo przed nim uciekałam, tak bardzo się przed nim broniłam, a on znowu przychodzi. Pomyślałam wtedy, że to nie przypadek, że przez 3 lata Bóg przygotowywał mnie na ten dzień, że czeka mnie coś wyjątkowego, coś trudnego… Postanowiłam wtedy, że obiorę św. Brata Alberta na patrona na czas choroby
i bardzo zapragnęłam jeszcze raz spotkać się twarzą w twarz z Chrystusem z „Ecce Homo”… Po kilku dniach wraz z mężem i ks. Damianem, wybraliśmy się do Krakowa. Pobyt w Krakowie rozpoczęliśmy od Sanktuarium Bożego Miłosierdzia
w Łagiewnikach. „Ecce Homo” chciałam zostawić na koniec. Najpierw była Msza Święta przed obrazem Jezusa Miłosiernego, a później wstąpiliśmy do kaplicy adoracji Najświętszego Sakramentu. Gdy tam się modliliśmy, przyszedł sms, z wiadomością, że są już wyniki biopsji. Nie chciałam już dłużej czekać, więc prosto z Łagiewnik pojechaliśmy do lekarza. Okazało się, że jest nowotwór złośliwy… Jakoś czułam, że tak będzie… Było we mnie sporo lęku przed tym, co mnie czeka, nie wiedziałam, co robić, gdzie iść, czułam się zupełnie bezradna, jednak nie było we mnie rozpaczy. Jezus dał mi siłę, żebym potrafiła przyjąć tę wiadomość ze spokojem. Był to natomiast najtrudniejszy moment dla mojego męża. On mocno wierzył w to, że wynik będzie dobry. W pierwszym momencie trudno było mu przyjąć, że jest inaczej. Mimo tego usłyszałam wtedy najpiękniejsze słowa, jakie każda żona chciałaby usłyszeć w takiej sytuacji: „przejdziemy przez to razem, ja będę z tobą”. Za słowami poszły też czyny. Mąż zwolnił się z pracy i założył własną firmę (co wcale nie było proste), aby być bardziej dyspozycyjnym i móc towarzyszyć mi w chorobie. Przed samą operacją jeszcze raz pojechaliśmy do Krakowa, do Sanktuarium „Ecce Homo”. Gdy tam przyjechaliśmy, ze zdziwieniem stwierdziłam, że to nie jest „to”, że o wiele bardziej ciągnie mnie do Łagiewnik. Miałam wrażenie, że Chrystus chce mi powiedzieć: „Nie bój się, nie myśl o cierpieniu, o tym co cię czeka, tylko mi ufaj”. Potem była operacja, kolejny wynik i okazało się, że jest najgorsza odmiana nowotworu piersi, najbardziej złośliwa, najgorsze rokowania… I znowu: „Tylko mi ufaj”. Choć nie było to proste oddawałam wszystko Jezusowi ciągle powtarzając: „Jezu, ufam Tobie, Tobie się oddaję, uczyń ze mną, co zechcesz!” Zaczęła się chemioterapia, z wszystkimi skutkami ubocznymi. Przez cały czas jej trwania starałam się pamiętać o słowach o. Cyriaka, aby dobrze wykorzystać ten czas, aby nadać mu sens. Każda „chemia” była więc w jakiejś konkretnej intencji. Gdy było najtrudniej, widziałam, że dana osoba najbardziej potrzebuje mojej modlitwy, mojej ofiary. A Jezus ciągle powtarzał: „Nie bój się! Tylko mi ufaj”, więc ufałam, a On dawał siłę i moc. Bywały jednak chwile, kiedy było bardzo ciężko, kiedy nie potrafiłam się modlić, wtedy inni modlili się za mnie. A ja myślałam, byle tylko wytrwać do końca. Jeszcze tylko trzy.., jeszcze tylko dwie.., jeszcze tylko jedna chemia… Tak bardzo chciałam, aby to się już skończyło, aby znów było normalnie. Z radością jechałam na ostatnią chemię i gdy myślałam, że mam już wszystko za sobą, okazało się, że konieczna jest radioterapia. Znowu lęk przed tym, co mnie czeka i Jezusowe: „Nie bój się! Tylko mi ufaj!”… Kilka dni przed radioterapią dowiedziałam się, że zostanę babcią. Była to najpiękniejsza wiadomość, na którą tak bardzo czekałam i dawała niesamowitą siłę. Tak bardzo chciałam walczyć, aby jeszcze zdążyć zobaczyć to maleństwo, przytulić, pokazać mu, co znaczy miłość babci… Wydawało się, że radioterapia minęła bez komplikacji, jednak po kilku dniach od jej zakończenia zaczęły się problemy. Coraz większa rana, coraz większy ból i zupełna bezsilność. Kolejny szpital i okazuje się, że rana jest tak rozległa, że konieczny będzie przeszczep skóry. Dla mnie był to czas największego kryzysu i chyba najważniejsze w moim życiu rekolekcje. Tego nie potrafiłam już przyjąć. Wszystko we mnie się buntowało: dlaczego? dlaczego jeszcze to? dlaczego ciągle mało? Wszystkie „moje” sposoby radzenia sobie z chorobą zupełnie zawiodły. Wydawało mi się, że to nie ma sensu, że nie warto walczyć, że nie mam już sił. Zupełnie mnie to przerosło. Powiedziałam wtedy Jezusowi, żeby coś z tym zrobił, bo ja już nie daję rady… I wtedy On zaczął działać i wydarzył się cud. Choć byłam przygotowywana do przeszczepu i z medycznego punktu było to niemożliwe, rana zaczęła sama się goić. Lekarze nie potrafili w to uwierzyć. Z każdym dniem przybywało zdrowej skóry i po dwóch tygodniach mogłam wrócić do domu. Rana się zagoiła, ale blizny pozostały. Bardzo trudno było mi zaakceptować mój wygląd, moje oszpecenie, moją niepełnosprawność. Gdy na jednych z rekolekcji dzieliłam się podobnym świadectwem, po zakończeniu podeszła do mnie jedna z osób i powiedziała, że gdy słuchała tego, co mówię, to pomyślała sobie, że na mojej piersi Bóg wymalował takie samo serce jak jest na obrazie „Ecce Homo”. To było niesamowite. Od tej pory zupełnie inaczej patrzę na to moje okaleczone ciało. Od serca Jezusa uczę się miłości i to serce staram się dawać innym. Od Jego serca uczę się jak być dobrą żoną, mamą, babcią…, a Jezus nieustanie błogosławi. Wkrótce minie 8 lat od diagnozy. Czuję się dobrze i mam dobre wyniki. Wiem, że to Jezus mnie uzdrowił. Wiele osób, które zachorowały w tym samym czasie, przeszło już na drugą stronę… A ja żyję! Bóg obdarował mnie już czwórką wnucząt: Antonina ma 7 lat, Marta 6, Wojtuś 4 latka, a Nina roczek. Nieustannie dziękuję Bogu, za dar ich życia oraz za każdy nowy dzień, jaki daje. Nie wiem, co przede mną, bo nikt z nas tego nie wie, ale wiem, że Jezus jest ze mną i każdego dnia powtarzam: „Jezu, ufam Tobie, uczyń ze mną, co zechcesz!” (Barbara Czernik)

Litania do Świętego Alberta Chmielowskiego:

Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison;
Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas;
Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami;
Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami;
Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami;
Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami;
Święta Maryjo, módl się za nami;
Święty Bracie Albercie, módl się za nami;

Ojcze ubogich, módl się za nami
Opiekunie bezdomnych,
Bracie odrzuconych,
Orędowniku opuszczonych,
Przyjacielu poszukujących,
Powierniku strapionych,
Żarliwy miłośniku Chrystusa,
Wierny czcicielu Bożej Matki,
Niestrudzony naśladowco św. Franciszka,
Duchowy synu św. Jana od Krzyża,
Bracie Albercie, gorąco kochający Ojczyznę,
Bracie Albercie, poszukujący prawdy i piękna,
Bracie Albercie, wzorze cnót chrześcijańskich,
Bracie Albercie, wrażliwy na ludzkie cierpienie,
Bracie Albercie, posłuszny Bożym wezwaniom,
Bracie Albercie, kontemplujący Boże miłosierdzie,
Bracie Albercie, pełen wdzięczności za mękę Syna Bożego,
Bracie Albercie, głoszący Chrystusową miłość w obrazie Ecce Homo,
Bracie Albercie, przejęty dobrocią Jezusa w Eucharystii,
Bracie Albercie, porzucający sztukę, by służyć najmniejszym braciom Chrystusa,
Bracie Albercie, ubogi dla ubogich,
Bracie Albercie, odkrywający w najbiedniejszym godność Bożego dziecka,
Bracie Albercie, odnawiający zatarty obraz Chrystusa we wzgardzonych i grzesznych,
Bracie Albercie, dźwigający upadających i słabych,
Bracie Albercie, służący bliźnim jak Chrystusowi,
Bracie Albercie, dobry jak chleb, którym każdy głodny może się nakarmić,
Bracie Albercie, ufający Bożej opatrzności,
Bracie Albercie, wytrwały w modlitwie,
Bracie Albercie, wierny duchowi pokuty,
Bracie Albercie, rozmiłowany w Bogu,
Bracie Albercie, wspomagający wszystkich, którzy idą Twoimi śladami,

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami

Módl się za nami, św. Bracie Albercie,
– abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

Módlmy się:
Boże bogaty w miłosierdzie, Ty natchnąłeś św. Brata Alberta, aby dostrzegł w najbardziej ubogich i opuszczonych znieważone oblicze Twojego Syna. Spraw łaskawie, abyśmy spełniając dzieła miłosierdzia, za jego przykładem umieli być braćmi wszystkich potrzebujących. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.